Pustynny Zew
“Blichtr płynie z miasta, mądrość z pustyni”

lut
21

Z jednej strony radośni ludzie, wzniosłe hasła, powiewające flagi. Z drugiej - protesty i złość. Ogłoszenie niepodległości Kosowa budzi duże kontrowersje, choć obie strony przedstawione są w bardzo różnym świetle. Serbowie - jako oprawcy i ludobójcy, Kosowarzy - jako romantyczni bojownicy. Rzadziej wspomina się o tym, ile dla Serbów znaczy Kosowo i jak długa, wielowiekowa historia wiąże ich z tymi ziemiami. To trochę tak, jakby imigranci z podparyskich przedmieść ogłosili Paryż niepodległym państwem z obowiązującym prawem szariatu, a cała reszta Europy tylko temu przyklaskiwała. Warto też wspomnieć, że o ile Serbom wypominane jest prowadzenie czystek etnicznych, o tyle o zbrodniach UCK się raczej milczy.

Z góry uprzedzam - nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, według których Albańczycy mieliby być “pupilami” mediów i ogółu zachodniego świata - w szczególności USA i Niemiec, jak postuluje np. Waldemar Łysiak w swojej książce “Stulecie kłamców”. Aczkolwiek media idą z przedstawianiem informacji po najmniejszej linii oporu, bez malowania odcieni i nie naiwne przedstawienie ludzi jako “dobrych” i “złych”. A taki właśnie obraz wyłania się z niepełnych relacji medialnych, doprowadzając zapewne Ortegę y Gasseta do niekończącego się pogrobowego chichotu.

W Polsce wobec długiej historii walk narodowowyzwoleńczych może to być trudne do wyobrażenia, ale nie zawsze ludzie “walczący o wolność” zasługują na chwałę. Wiele mówi się może o zbrodniach UPA podczas II Wojny Światowej, ale ludzie traktują ją jako odosobniony przypadek, a nie pewien powtarzający się schemat. Być może wyparcie takiego schematu ze świadomości było potrzebne jako “odtrutka” na socjalistyczne propagandę przeciwko AK, ale teraz naprawdę polecam zaczerpać doświadczenia z Hiszpanii czy Cypru, którzy w bardziej świadomy sposób wiedzą, czym są paramilitarne oddziały separatystów. Zwykłymi terrorystami, często wymuszającymi utrzymanie na ludności na cywilnych przedstawicielach własnej grupy etnicznej bez ich woli.

Dawid Warszawski w sobotnim w sobotnim (16-17 lutego) komentarzu w “Gazecie Wyborczej” pisze o sytuacji w Kosowie “Jedynym rozwiązaniem jest taka Europa, w której granice nie odrygwają decydującej roli.” Dla mnie jest to myślenie bardzo naiwne, bazujące na założeniu, że lekiem na chciwość i egoizm jest odgórne zniesienie własności prywatnej. Jeśli podobne myślenie panuje wśród sterników UE, to znaczy, że ich rozsądek i umiejętność właściwej oceny sytuacji jest odwrotnie proporocjonalny do poczucia własnej ważności i zadowolenia z siebie. Komisarze i europosłowie, zapomnijcie o zmianie czegokolwiek na Bałkanach odgórnie. Tam nie mieszkają urobieni przez media i elity Europejczycy, tylko dumni do przesady, żyjący w zagrożeniu własnej tożsamości ludzie, na których wasze społeczne eksperymenty nigdy się nie sprawdzą. Jeśli coś jest w stanie zmienić tę część Bałkanów, to tylko ruch prawdziwie oddolny, bez “wsparć” i “dofinansowań”, ale jednocześnie bez uzasadnionych podejrzeń o bycie “agenturą” UE, Rosji, USA czy kogo tam jeszcze…

lut
03

Formuje się Rząd Światowy. Już wkrótce założą nam chipy. Unia Europejska jest tworem czynionym świadomie przeciwko Bogu, o czym dobitnie świadczy podobieństwo budynku Parlamentu Europejskiego w Strasburgu. Chrześcijaństwo czeka już wkrótce “taki ucisk, jakiego nie było ani nigdy nie będzie”… Uff, może tyle wystarczy. Czy dla was czasy ostateczne kojarzą się tak, jak przedstawiłem? Jeśli jesteście przepełnieni obawami, jak czasy ostateczne będą wyglądać, wpis ten dedykuję właśnie Wam.

Gdyby spytać kogoś, o czym opowiada Apokalipsa św. Jana, odpowiedziałby, że z końcem świata, antychrystem, bestią lub liczbą 666. Z kolei zadać im pytanie o fabułę “Władcy Pierścieni” - odpowiedź zabrzmiałaby zapewne, że jest to książka o hobbitach i innych fantastycznych stworzeniach ratujących świat. Jakieś straszne to niekonsekwentne, dlaczego nikt analogicznie nie mówi zgodnie, że “Władca Pierścieni” jest książką o orkach, trollach i nazgulach? W obu przypadkach mamy dramatyczną historię, której finał jest jak najbardziej pozytywny. Zwieńczeniem Objawienia świętego Jana jest ostateczne połączenie się Chrystusa i Kościoła, Oblubieńca i Oblubienicy. Tym samym najbliższą księgą do pozornie mrocznego i przerażającego Objawienia jest tchnąca subtelnym erotyzmem Pieśń nad Pieśniami. Wobec takiego finału jakieś tam bestie wychodzące z morza, smoki i zwierzęta znaczą dokładnie tyle samo, co martwy nazgul i mumakile na polach Pelennoru. Czyli literalnie nic.

A co z czuwaniem? - Ktoś słusznie zapyta. Jezus w kilku fragmentach (np. Mt 24,42-49; Łk. 12,37) wzywa do czujności, jednak to nie bestii z morza mamy oczekiwać, ale Jego powrotu. Jak roztropne panny przed nadejściem zmroku powinniśmy się zaopatrzyć w oliwę świętości i Ducha Świętego. Biadanie, że o to zachodzi słońce i zaczyna się mrok, niewiele wniesie w nasze życie i jest marnowaniem czasu i próbą powstrzymywania tego, co nieuniknione.

sty
18

 Znana piosenka w nietypowej interpretacj. Zapraszam do oglądania. :)

sty
11

Według najnowszych doniesień prasowych, zapłodnienia metodą in vitro nie będą finansowane przez podatników. Bardzo się cieszę z takiego stanu rzeczy. Każda ustawa tworząca wspólną “państwową michę” w jakiejś dziedzinie jest zła, bo prowadzi do postawy typu “Niech ktoś się mną zajmie”. Ludzie czują się zwolnieni z odpowiedzialności za swoje życie, przybierają postawę roszczeniową, wskutek czego stają się wiecznie niezadowoleni. Realna, zdroworozsądkowa reforma służby zdrowia wykracza w Polsce nawet rozmiary cudu, cieszmy się więc przynajmniej, że przynajmniej stoimy, a nie idziemy w tył.

Gdy chodzi zaś o etyczny aspekt zapłodnienia pozaustrojowego, mam na ten temat zdanie następujące. Jeśli wiąże się ono z niszczeniem “niepotrzebnych” zarodków, jestem zdecydowanie na nie. Gdyby mi przyszło do podjęcia decyzji, to obojętnie którakolwiek z koncepcji początku życia człowieka jest prawdziwa, ja ryzykować nie chcę. Gdyby przyjąć założenie, że liczymy na Bożą przychylność, a nie rachunek prawdopodobieństwa, i “kombinować” tylko z jednym zarodkiem, któż to wie? Jeśli byłbym w tym temacie jednej myśli ze swoją żoną, być może, wobec nieskuteczności naturalnych metod, zdecydował się na taki krok.

Z drugiej strony, spójrzcie na to z takiego prostego punktu widzenia. Po jednej stronie barykady są ludzie, którzy zrobią wiele, również rzeczy wątpliwie etycznie, by nie mieć “przypadkowego” dziecka. Po drugiej stronie są ludzie, którzy dziecko mieć chcą, ale nie mogą. Czy naprawdę nie byłoby najprościej gdyby te dwie grupy ludzi spotkały się i doszły do porozumienia?

sty
06

Wyobraźmy sobie małe miasteczko położone w klimacie umiarkowanym. Panują tam mroźne zimy, więc ludzie ogrzewają swoje domy, paląc w piecu węglem. Czynność ta uwalnia do atmosfery dość spore ilości CO2. Zaczyna działać osławiony “efekt cieplarniany”, temperatura zaczyna pomału wzrastać, wskutek czego z roku na rok ludzie muszą palić mniej opału i przez mniejszą ilość dni w roku. Wskutek tego przyrost CO2 zostaje zahamowany, zwiększa się też jego absorpcja przez rośliny, którym zwiększa się ilość dni wegetacyjnych. Układ wytrącony ze stanu równowagi do tego stanu równowagi powraca, choć na nowym poziomie.
Podobne przykłady występowania ujemnego sprzężenia zwrotnego między emisją CO2 a zmianami klimatycznymi, a także parę innych przesłanek przekonuje mnie do tego, że media wspólnie z naukowcami mocno przesadzają z domniemanymi konsekwencjami GO, bazując na ludzkiej nieznajomości praw przyrody. Motywów do tego, żeby “Niewygodna prawda” była tak naprawdę “Globalnym Szwindlem” jest kilka. Żurnaliści mają sensację, gwarantującą im poczytność przez długie lata (niczym “Moda na sukces”), naukowcy - zapewnione granty i pięć minut sławy, a politycy - ludzi połączonych jednym wspólnym celem “ratowania naszej planety”, ulegli i gotowi do poświęceń, by przez zwielokrotnione podatki “ratować Ziemię dla przyszłych pokoleń”. Dlatego tez, jakakolwiek by nie byla prawda, powinniśmy patrzeć tym trzem grupom uważnie na ręce.

Termin “globalne ocieplenie” pasuje też do zupełnie innego wymiaru życia, jakie są stosunki międzyludzkie. Mt 24,12 mówi, że w czasach ostatecznych “miłość wielu oziębnie”. O ile miłość człowieka do Boga na pierwszy rzut oka ciężko właściwie ocenić, poziom miłości do bliźniego jest w codziennym życiu widoczny jak na dłoni. W tej sferze ogólne ocieplenie byłoby jak najbardziej na miejscu. Być może nawet te parę stopni więcej pomogłoby ludziom być wobec serdeczniejsi, tak jak mieszkańcy Hiszpanii czy Włoch są serdeczniejsi od mieszkańców Skandynawii? :)

sty
01

Z racji swojego zainteresowania polityką zwykłem spędzać dużo czasu na różnych serwisach poświęconych polityce i politykom. Im więcej słuchałem różnych ludzi, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że w polskim społeczeństwie panuje niezwykle silny ruch niewiary. Wykracza on wszelkie normy krytycznego realizmu. Z wieloznacznych wypowiedzi ludzi polityki wybiera się tę najgorszą. Plany dobrych inicjatyw kwituje się słowami: “E, tylko mówią, i tak tego nie zrobią…”, natomiast reakcją na te złe jest złość i cała masa złych emocji wylewane w morze Internetu. Zupełnie tak, jakby krytycy znali powiedzenie o samospełniających się proroctwach i biblijny werset “Śmierć i życie są w mocy języka” i celowo chcieli wprowadzić do Polski zniewolenie, ekonomiczny ucisk, niemoralność i wiele złych rzeczy.

Jestem zwolennikiem trzeźwego spojrzenia na świat i nie namawiam bynajmniej do ślepego wierzenia w obietnice polityków. Człowiek, jakichkolwiek by nie miał zalet, zawsze będzie ograniczony, podatny na zejście z właściwej drogi. W Księdze Jeremiasza 17,5-7 napisano tak:

“Tak mówi Pan: Przeklęty mąż, który na człowieku polega i z ciała czyni swoje oparcie, a od Pana odwraca się jego serce! Jest on jak jałowiec na stepie i nie widzi tego, że przychodzi dobre; mieszka na zwietrzałym gruncie na pustyni, w glebie słonej, nie zaludnionej. Błogosławiony mąż, który polega na Panu, którego ufnością jest Pan!”

Na tej podstawie nie obchodzi mnie zanadto, czy Ty, Czytelniku, cieszyłeś się z ostatnich wyborów, czy nie. Mam na ten temat swoje zdanie, ale dopuszczam bez oporów fakt, że ktoś z innym spojrzeniem na świat, innymi życiowymi priorytetami i paradygmatami ma na temat obecnego stanu Polskie zdanie odmienne. Ponad podziałami politycznymi istnieje bowiem wyższa płaszczyzna porozumienia i duchowej współpracy. Uznanie, że tylko Jezus jest w stanie wyleczyć kraj z ran zadanych przez poprzedni system jest niczym innym, jak elementem bojaźni Bożej.

Dlatego w nowym roku 2008 życzę sobie i Tobie dobrych i pełnych nadziei i ufności myśli o Polsce. A zamiast narzekań i przekleństw - nadziei i dziękczynienia za to, co już mamy. Bo chociaż nie jest różowo, coś jako kraj przecież posiadamy i gdyby historia potoczyła się jednym z alternatywnych torów, mogłoby być znacznie, znacznie ciężej. Póki mamy usta, by się modlić i ręce, by pracować, możemy naszym życiem zapisać na kartach historii tego kraju niejedną piękną historię.

gru
29

Wszelki komentarz jest chyba zbędny :)

gru
29

Parę lat temu podczas rozmowy z jedną osobą powiedziałem, że jestem ewangelicznie wierzącym chrześcijaninem. Jej pierwszą reakcją było pytanie “O! To jak wy w takim razie obchodzicie święta Bożego Narodzenia?”. Wtedy nie wiedziałem, jak odpowiedzieć jej w sposób właściwy, ale z moich obserwacji innych blogów oraz for dyskusyjnych wynika, że normy kulturowe dla ewangelicznie wierzących dopiero się kształtują. Postanowiłem więc i ja dorzucić swoje zdanie.

Po jednej stronie mamy stanowisko ortodoksyjne. Przeciwnicy obchodzenia świąt w tradycyjny sposób wykazują brak związku daty 25 grudnia i narodzin Jezusa i powiązania z pogańskimi praktykami. Przeciwstawiają, wiarę i społeczność z Bogiem świątecznymi zwyczajami, uznając święta za coś “ze świata”, a nie od Boga.

Po drugiej stronie znajduje się stanowisko umiarkowano-asymilacyjne akcentujące rodzinny wymiar świąt i traktująca te dni jako pretekst, aby wspomnieć i zastanowić się nad tym jednym fragmentem Bożego planu wybawienia ludzkości. Data, nawet nieprawdziwa, jest dla zwolenników Świąt tylko symbolem.

Osobiście, przychylam się do opinii osób bardziej umiarkowanych w swych osądach. Zgodnie z wyraźnym zaleceniem Pisma “Niechże was tedy nikt nie sądzi z powodu pokarmu i napoju albo z powodu święta lub nowiu księżyca bądź sabatu.” wyraźnie oddzielam pogląd od człowieka, jeśli więc przypadkiem masz, Czytelniku zdanie - nie potępiam Cię, wręcz szanuję za odwagę do bycia w mniejszości. Mam jednak na poparcie swojego stanowiska kilka mocnych punktów.

Przede wszystkim, człowiek istnieje jako istota społeczna, potrzebuje czasu świąt, aby pewne ważne wydarzenia wspominać wspólnie, w grupie. Bóg nie przypadkiem ustanowił dla Izraela Święto Paschy, Przaśników i inne. Niektórzy ludzie są indywidualistami, inni czerpią swe siły ze “wzajemnego budowania”, które wymaga pewnej synchronizacji. 5Traktowanie “każdego dnia jako dnia Pana” mimo pięknych założeń jest czymś bardzo idealistycznym, a wysiłek z nim związany może być “ciężarem nie do uniesienia” - szczególnie, jeśli jest narzucony z zewnątrz jako doktryna kościelna.

Drugim słowem - kluczem jest pretekst. Pingwin napisał Niektóre zbory poprzez kultywację katolickich obrzędów świątecznych próbują przyciągnąć do siebie ludzi ze świata. Słaba to metoda ewangelizacyjna.“. Jest to osąd niesłuszny, ponieważ po pierwsze dekorowanie choinek weszło do katolicyzmu z kultury krajów protestanckich, a po wtóre nie chodzi o obrzędy, a o samo wspominanie wydarzenia i opatrzenie ich dobrym komentarzem. Dla nas, ludzi wierzących, pewne rzeczy są jasne, tymczasem dla człowieka niewierzącego czas Świąt może kojarzyć się ze wzmożoną komercją, tłokiem w sklepach handlowych i tandetnymi ozdóbkami. Wybór stoi przed nami. Albo oddamy bez walki te dwa dni ogólnemu konsumpcjonizmowi, albo znajdziemy dlań mądrą alternatywę. Natura nie znosi próżni.

Apostoł Paweł napisał w Rzym. 14,5 : “Jeden robi różnicę między dniem a dniem, drugi zaś każdy dzień ocenia jednakowo; niechaj każdy pozostanie przy swoim zdaniu.” Nie chcę więc nikogo przekonywać na siłę. Jeśli zaś ktoś waha się, jak postępować, ja ze swoich doświadczeń radziłbym, żeby iść w stronę “rozróżniania”. Dla osób posiadających Ducha Świętego zwiedzenie w postaci faryzejskiego elitaryzmu jest groźniejsze niż bycie letnim - ta laodycejska letniość częściej wynika ze zniechęcenia spowodowanego obciążeniami “nie do uniesienia” niż z czegokolwiek innego. Ale to już jest zupełnie inna historia.

gru
22

Fragment przypowieści Salomona mówi tak:

“Proszę cię o dwie rzeszy; nie odmów mi, zanim umrę:
Oddal ode mnie fałsz i słowo kłamliwe; nie nawiedź mnie ubóstwem ani nie obdarz bogactwem, daj mi spożywać chleb według mojej potrzeby,
Abym, będąc syty, nie zaparł się ciebie i nie rzekł: Któż jest Pan? Albo, abym z nędzy nie zaczął kraść i nie znieważył imienia mojego Boga.”

Polska religijność utwierdziła w nas przekonanie, że ideałem chrześcijanina jest ktoś ubogi. Taki typ świętego Franciszka, nie mającego nic prócz zgrzebnego habitu, ale za to wolnego od ziemskich pożądliwości i żyjącego tylko dla Boga. Tymczasem Bóg, choć chce, żeby każdy żył dla Niego, nie dla każdego przygotował drogę świętego Franciszka. Więcej, tak samo jak pieniądze mogą być zgubą człowieka, tak samo może sprowadzić go na złą drogę ich brak.

Społeczeństwo w czasie kryzysu często dzieliło się na trzy warstwy. Biedota, pospólstwo, lud, proletariat stanowią tłum pożądający czegoś i swoim naporem obala władze, przelewa krew, wynosi na piedestał demagogów, którzy umiejętnie grają na naturalnych ludzkich pożądliwościach. Po przeciwnej stronie mamy zdegenerowaną arystokrację, elity tak zapatrzone w swoją wysoką pozycję, że nie przychodzi im do głowy, że mogą ją z dnia na dzień utracić. I tylko historyczne mieszczaństwo było w stanie z jednej strony uchronić się przed manipulacjami, a z drugiej - dekadencji wynikającej z tego, że posiadają już wszystko i nic im nie potrzeba. Dziś podobną warstwą społeczną wydaje się być klasa średnia.

Jezus nie musiał przekonywać Jemu współczesnych, że ubóstwo jest złe i może być przyczyną albo hańby, albo zależności od drugiego człowieka. Więcej, naraziłby się na śmieszność opowiadając takie truizmy. Stąd poradę Jezusa “… gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną” interpretuję jako przestrogę dla “średniaków”, którym marzy się członkostwo w klubie możnych tego świata. Są lepsze sposoby na zainwestowanie posiadanych środków. Tylko że na wstępie musisz cokolwiek posiadać…

gru
17

Przywódcy polityczni państw Unii chcą powołać “grupę refleksji”, aby dyskutować na temat długofalowej przyszłości Europy. Ojcem panelu, nazywanego czasem “Konwentem Mędrców”, jest prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Nowy twór ma za zadanie prognozować przyszłość kontynentu w latach 2020-2030.

Przywódcą Konwentu ma zostać były premier Hiszpani Felipe Gonzalez, zastępcami - b. prezydent Łotwy Vaira Vike-Freiberga oraz prezes Nokii Jorma Ollila. Jako członków typuje się też byłego kanclerza Austrii Wolfganga Schuessela, oraz przywódcę związków zawodowych Johna Monksa.

“Jeśli ktoś chciał kiedyś zobaczyć na żywo Park Jurajski, to spotkanie jest świetną okazją” - skomentował brytyjski europoseł Graham Watson.

Źródło: reuters.com

A tymczasem w Polsce głównym tematem dyskusji jest udział w tym wydarzeniu Lecha Wałęsy. Patrząc tylko ze strony not biograficznych, kandydat pasujący do tak zacnego grona idealnie. Były prezydent, przywódca związkowy i lider “Solidarności”. Medialny produkt eksportowy, jak Mikołaj Kopernik i Adam Małysz. Jednak mimo mojego szacunku dla zasług polskiego noblisty wcale bym go do Brukseli nie posyłał.

Przede wszystkim, Wałęsa od dziesięciu lat nie robi nic innego, tylko odcina kupony od sławy. Gale honorowe, olimpiada w 2002, Pomarańczowa Rewolucja. Jeśli zakładamy, że cały ten konwent ma coś działać, a nie wygłaszać okrągłe frazesy, lepszy byłby człowiek, który ma styczność ze współczesnymi problemami dotykającymi świat Zachodu.

Drugim problemem w związku z nominacją są problemy z kulturą polityczną Wałęsy. Począwszy od odmówienia podania ręki Kwaśniewskiemu w 1995, a skończywszy na utarczkach słownych z braćmi Panem Prezydentem i Panem Premierem Kaczyńskimi uważam, że niektóre zachowania przynoszą więcej wstydu niż chluby Polakom. Wałęsa jest jednym z ludzi odpowiedzialnych za wulgaryzację polskiego języka politycznego i choć raczej wątpliwe, by zaczął nazywać ludzi psycholami lub obrażać ich matki, to jednak na brukselskich salonach może dojść do przykrego faux pas.

Na koniec spójrzmy prawdzie w oczy. Ile dworów królewskich by nie zwiedził przez te lata, Wałęsa był jest i pozostanie prostym gdańskim robotnikiem. To nie jest w żadnym razie człowiek patrzący w przyszłość w poszukiwaniu szans i zagrożeń dla tego niewielkiego eurazjatyckiego przylądka, jakim w zglobalizowanym świecie stał się nasz kontynent. Najwłaściwszym rozwiązaniem dla niego samego byłoby udać się na zasłużoną emeryturę.