Krótko na temat in vitro
Według najnowszych doniesień prasowych, zapłodnienia metodą in vitro nie będą finansowane przez podatników. Bardzo się cieszę z takiego stanu rzeczy. Każda ustawa tworząca wspólną “państwową michę” w jakiejś dziedzinie jest zła, bo prowadzi do postawy typu “Niech ktoś się mną zajmie”. Ludzie czują się zwolnieni z odpowiedzialności za swoje życie, przybierają postawę roszczeniową, wskutek czego stają się wiecznie niezadowoleni. Realna, zdroworozsądkowa reforma służby zdrowia wykracza w Polsce nawet rozmiary cudu, cieszmy się więc przynajmniej, że przynajmniej stoimy, a nie idziemy w tył.
Gdy chodzi zaś o etyczny aspekt zapłodnienia pozaustrojowego, mam na ten temat zdanie następujące. Jeśli wiąże się ono z niszczeniem “niepotrzebnych” zarodków, jestem zdecydowanie na nie. Gdyby mi przyszło do podjęcia decyzji, to obojętnie którakolwiek z koncepcji początku życia człowieka jest prawdziwa, ja ryzykować nie chcę. Gdyby przyjąć założenie, że liczymy na Bożą przychylność, a nie rachunek prawdopodobieństwa, i “kombinować” tylko z jednym zarodkiem, któż to wie? Jeśli byłbym w tym temacie jednej myśli ze swoją żoną, być może, wobec nieskuteczności naturalnych metod, zdecydował się na taki krok.
Z drugiej strony, spójrzcie na to z takiego prostego punktu widzenia. Po jednej stronie barykady są ludzie, którzy zrobią wiele, również rzeczy wątpliwie etycznie, by nie mieć “przypadkowego” dziecka. Po drugiej stronie są ludzie, którzy dziecko mieć chcą, ale nie mogą. Czy naprawdę nie byłoby najprościej gdyby te dwie grupy ludzi spotkały się i doszły do porozumienia?
Loading...